niedziela, 18 czerwca 2017

Zgubny los, cz. 2

Następnej nocy, gdy kochająca matka Guba wparowała do jaskini syna, zastała w niej jedynie puste posłanie. Przytłoczona ciężarem żywota samotnej, gobliniej matki i skłonna wygarbować Gubowi skórę, wielce zmartwiła się nieobecnością swojego syna. Zdjęta trwogą, niepewna dalszych losów swego najdroższego pisklęcia, podrapała się po głowie, wzruszyła ramionami i wyszła.

Brak Guba odczuli wszyscy. Z tęsknoty tej zdali sobie sprawę niespełna parę dni później, gdy nie było już komu zbierać odchodów, a walające się po jaskiniach, gnijące resztki jedzenia dały o sobie znać niemożliwym do zniesienia smrodem. Fetor ten poniósł się po legowisku goblinów, wypełnił każdy jego kąt, aż dotarł wreszcie do pieczary samego wodza.

Tego już było za wiele. Zaalarmowani sytuacją, zieloni obywatele zebrali się, by przedyskutować ten jakże bulwersujący przypadek. Zaraz podniosły się głosy zatroskanych członków goblińskiej społeczności, zmarszczył się nos doprowadzonego do ostateczności wodza. Należało działać, tu i teraz.

Tak też pracę Guba przejął ktoś inny.

A co robił w tym czasie Gub?

To już zupełnie inna historia.

***

Gub nie zamierzał wracać do domu, co to, to nie! Nie zrobi tego, dopóki nie udowodni goblinom, jak bardzo się pomyliły. Przydzielano mu same najpodlejsze zadania, wcale nie zauważając drzemiącego w nim potencjału. Ale Gub jeszcze im pokaże. Będą pluć sobie w brody, że go nie docenili.

Gub zostanie wodzem!

Uśmiechnął się parszywie, zacierając swe czteropalczaste łapy. Kucnął na ziemi, bacznie przyglądając się śladom ludzkich butów. Nie mogło być ich więcej, niż sześcioro, a czymże było sześcioro chłopa wobec kogoś tak sprytnego jak Gub?

W pustym czerepie goblina zrodził się cokolwiek wątpliwy pomysł. Dostrzegłszy niewielką karawanę, uznał on, że na własną rękę zdoła ją złupić. Podążył więc śladem wielkostopych, zupełnie nie przejmując się faktem, iż przynajmniej część z nich była uzbrojona po zęby. Gub, w poszarpanej koszulinie i z tępym sztylecikiem u pasa, wierzył jednak w swe powodzenie. Ktoś wszak musiał.

Przekradł się pomiędzy drzewami, nadstawiając spiczastych uszu. Wyglądało na to, że nierozgarnięci ludzie w końcu zrobili sobie postój, ha! Gub tylko na to czekał.

Podczas gdy woźnica poił konie, a czwórka wielkostopych wdała się w ożywioną dyskusję, goblin zwinnie prześlizgnął się na jeden z wozów. Na widok skrzyń załadowanych towarami zarechotał jak ktoś obrzydliwie pewny swego.

Miał jednak wrażenie, że coś mu umknęło.

 Gub spojrzał na swoją łapę. Jego czoło zmarszczyło się w niewyobrażalnym wysiłku. Zaczął odliczać. Jeden palec dla człowieka zajmującego się końmi. Drugi, trzeci, czwarty... nie, zaraz, zaraz, Gub nie miał przecież tyle paluchów! Do tak złożonego rachunku wypadałoby chyba włączyć drugą rękę.

Spocony goblin raz jeszcze podjął się nieważkiej próby. Jeden palec dla człowieka zajmującego się końmi, cztery kolejne dla tych, którzy wdali się w rozmowę. Łącznie pięć palców. To by znaczyło, że...

— Mam cię!

Gub nie zdążył się nawet obrócić. Wrzasnął ile sił w płucach, poderwany za łachmany przez wielkoluda, który jakimś cudem umknął mu w całym tym uciążliwym procesie rachowania. Śmierdzący człowiek pewno był czarodziejem!

— Co tam masz, Harrin?

— Goblina. Patrzcie no, jaki paskudny!

Gub wierzgnął nogami, przytłoczony porażającą siłą napastnika. Wyszczerzył zęby, plując i charcząc tak, że niemal zakrztusił się własną śliną. Zgrzytliwe odgłosy dobiegające z gardeł wielkostopych pozostawały dla niego równie niezrozumiałe, co magia, wedle fachowej oceny Guba, przysłaniająca mu widok na szóstego człowieka.

Odkąd trafił do klatki, miał dużo czasu, by to sobie przemyśleć.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza